jacek bartyzelSyllabus jest wykazem wydanym przez papieża Piusa IX... Chwila, chwila! Co to ma wspólnego ze studiami? Otóż współczesny Syllabus to podobno „zbiór bzdur", który czytają wyłącznie urzędnicy państwowi, a studenci są nim straszeni niczym największą zmorą akademicką, czyli "Panią Halinką z Dziekanatu". Nadszedł jednak czas wojenny i na linię frontu wyruszył profesor Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Do prowadzenia wojny potrzebny jest jednak odpowiedni pretekst, który będzie uzasadniał nasze dalsze działania. Okazuje się jednak, iż prof. Bartyzel miał odpowiedni powód, gdyż nowe wymogi wypełniania Syllabusów przez wykładowców są delikatnie mówiąc – kuriozalne. Profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika miał więc pełne prawo do napisania listu o następującej treści:

"Stanowczo odmawiam wypełniania sylabusów według podanego nowego wzoru. Uważam, że w dotychczasowej formie - o ile w ogóle potrzebne - zawierają one wszystkie niezbędne i merytoryczne informacje o prowadzonym przedmiocie. Najmowałem się w UMK do pracy naukowej i dydaktycznej a nie do zadośćczynienia papierkowej inwencji biurokratów przez wypełnianie absurdalnych i gargantuicznych rozmiarowo rubryk. Nie jestem też buchalterem, więc nie będę sporządzał "bilansu nakładu pracy studenta" - mogę jedynie udzielić mu niewyszukanej, ale uzasadnionej porady, aby bez wytchnienia ślęczał po nocach nad księgami przy płomyku kaganka, bo wiedza jest tego warta.

Oświadczam również, że nie nauczam żadnych "kompetencji społecznych", bo twierdząc tak, byłbym pospolitym oszustem - sofistą, a jedynie wiedzy teoretycznej i historycznej, na jaką mnie stać. Żadnych "kompetencji społecznych" nie można nabyć w sali wykładowej czy w laboratorium; nabywa się je wyłącznie w praktycznym życiu wspólnotowym, pośród obywateli polis. Kieruję tę odpowiedź do wszystkich Państwa, bo uważam, że czas zbuntować się przeciwko tyranii anonimowego Lewiatana. Stoimy bowiem przed wyborem: czy zajmować się tym, co do nas należy, czyli faktycznym nauczaniem, badaniami i pisaniem książek, czy wypełnianiem tasiemcowych kwestionariuszy wrzucanych do paszczy nigdy nienasyconego Molocha biurokracji panującego nad nauką? Czy godzić się na rolę pacynki pociąganej za sznurki i pokornie wymyślającej jakieś bzdury, żeby wypełnić rubryki, czy odmówić udziału w tym upokarzającym i zbędnym procederze? Ja już zdecydowałem, bez względu na możliwe konsekwencje.

Zamiast "mobilizacji", wzywam zatem do "totalnej demobilizacji". Jak to powiedział przed laty niezapomniany Henryk Krzeczkowski: "Panie i Panowie, nie dajmy się zwariować!".

Czy zatem Syllabus jest w ogóle potrzebny? Studenci interesują się przecież wyłącznie wymaganiami, które muszą spełnić, żeby zaliczyć egzamin końcowy. Niewielu chce się dowiedzieć czegoś więcej na temat lektur obowiązkowych i dodatkowych. Kto jednak traci cenny czas na lekturę wątku kompetencji społecznych, które podobno zdobędzie w trakcie zajęć? Ile może wynosić natomiast bilans nakładu pracy studenta? Tyle, żeby opanować materiał obowiązkowy! Jeśli ktoś będzie zainteresowany jego tematyką, to na pewno znajdzie na to znacznie więcej czasu!

Wymagania, które proces boloński stawia przed uczelniami, przybierają momentami komediowy charakter, którego nie powstydziliby się twórcy serialu "Latający cyrk Monty Pythona".
Warto jednak dodać na koniec, iż najlepsze europejskie uczelnie, czyli Uniwersytety Oxford i Cambridge, kompletnie zignorowały wymogi odnośnie "syllabusów".

Autor: Miłosz Szkudlarski

 

!-- Global site tag (gtag.js) - Google Analytics -->