Dyrygent chóru – chórmistrz | Zawód z pasją

Na czym polega praca chórmistrza? Czy dyrygowanie śpiewem różni się od prowadzenia orkiestry? Jak zostać muzykiem prowadzącym wokalistów w chórze? Czy studia dają odpowiednie kompetencje do zajmowania się profesjonalnie muzyką? O swoich doświadczeniach zawodowych opowiada Sebastian Sikora, dyrygent trzech chórów, absolwent studiów muzyczno-pedagogicznych w kaliskiej filii UAM.

 Jak wygląda praca dyrygenta?

Co to za zawód: „muzyk”?
Myślę, że ważne jest, aby określenie muzyk doprecyzować – np. muzyk instrumentalista, dyrygent, chórmistrz. Gram i uczyłem innych gry na instrumentach – na gitarze, na instrumentach klawiszowych, na kontrabasie. Natomiast główną moją ścieżką muzycznych jest dyrygentura. Już kilkanaście lat jestem związany z chóralistyką. Najpierw jako wykonawca, a teraz z tej drugiej strony jako dyrygent. Pracuję z ludźmi, ucząc ich śpiewać.

Jakie trzeba mieć predyspozycje do zawodu chórmistrza?
Myślę, że dobry dyrygent powinien być trochę psychologiem, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Biorąc pod uwagę rozwój technologiczny, mamy się świetnie, ale z perspektywy więzi międzyludzkich i wzajemnego utrzymywania kontaktu jest zdecydowanie gorzej.  Ludzie mają na to coraz mniej czasu, ponieważ są zapracowani, a po pracy zmęczeni. A ponieważ chóry to często dodatkowe zajęcia, próby odbywają się po pracy albo w weekendy, dyrygent powinien wykazać się zrozumieniem, empatią, czasami znaleźć jakieś rozwiązanie.

Czy dyrygowanie chórem jest trudniejsze od prowadzenia orkiestry?
Dyrygent zarówno prowadzący głosy, jak i instrumenty, nie tylko interpretuje, ale przede wszystkim tworzy proces, który do tego prowadzi. I to łączy te dwa zawody. Mam jednak wrażenie, że warsztat chórmistrza daje szersze możliwości, niż mają np. dyrygenci, którzy ukończyli tylko kierunek dyrygentury symfonicznej czy operowej, Czasami nie mają przygotowania do pracy z chórem. Często jest tak, że dyrygując, skupiają się na orkiestrze, pozostawiają chór sam sobie. Niekoniecznie potrafią pomóc w momencie wykonywania dzieła, np. kiedy i jak wziąć oddech, czy w kwestii wokalnego frazowania, które jest inne od prowadzenia orkiestry. Natomiast współpracując z chórami, wypracowuje się pewne gesty, zachowania, które chór po pewnym czasie dobrze odczytuje, a orkiestra, która zapraszana jest do realizacji konkretnego projektu, musi się dopiero nauczyć. Początek współpracy jest takim momentem, w którym trzeba się nauczyć czytać siebie, aby stworzyć ciekawy efekt końcowy.

Kim w tej chwili dyrygujesz?
W tej chwili prowadzę trzy chóry: „Con Grazia” z gminy Czastar koło Kalisza i „Cantiamo Tutto” i „Symfonia Śpiewaków” z Wrocławia. Chóry Con Grazia i Symfonia Śpiewaków są chórami, w których śpiewają seniorzy, osoby 50+, przy czym „Symfonia Śpiewaków” to chór kobiecy. Początkowo i chór Con Grazia to było 9 wspaniałych Pań. W obecnym składzie, 35 osób – kobiet i mężczyzn, działamy już ponad 4 lata. Natomiast w „Cantiamo Tutto” śpiewają i osoby bardzo młode, bo mają po dwadzieścia lat i osoby już w wieku dojrzałym powyżej pięćdziesięciu lat.

Jaką muzykę wykonujecie?
We wszystkich chórach wykonujemy bardzo różną muzykę. Od utworów ludowych, po patriotyczne i sakralne. Na warsztat bierzemy także muzykę rozrywkową, popularną. Wszystko zależy od tego, czy bierzemy udział w jakimś konkursie, koncercie, no i od chóru. Staramy się, aby muzyka, którą śpiewamy była nam bliska. 

Na przykład z chórem „Cantiamo Tutto” pracujemy obecnie nad utworami poezji śpiewanej. Są zaaranżowane specjalnie dla nas. Jeden z chórzystów – Marcin Szczepankiewicz jest kompozytorem aranżerem, przygotował dla chóru aranżacje na orkiestrę i solistów, takie szyte na miarę. Wyszło z tego ciekawe połączenie – nowa poezja śpiewana w całkowicie innym wydaniu. 

Cieszę się, że nie mam odgórnie narzuconej muzyki, którą musimy wykonywać, a ja musiałbym dyrygować. Ta dowolność powoduje, że każdy rodzaj muzyki daje mi wielką radość. Bardzo lubię dyrygować muzykę rozrywkową, Queen, czy teraz poezję śpiewaną. Ale np. przy muzyce sakralnej potrafię naprawdę oddać się muzyce

Z czego się utrzymujecie?
Wszystkie trzy „moje” chóry ma pod swoimi skrzydłami Polskie Stowarzyszenie Animatorów Kultury Kulturalny Koneser, którego jestem prezesem. Stowarzyszenie zapewnia chórom opiekę merytoryczną, ale też finansową.  Ma możliwość pozyskiwania środków zewnętrznych z różnych źródeł – z samorządów gminnych, powiatowych, wojewódzkich i ze szczebla centralnego, czyli z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, aż po unijne. Tak duży wachlarz pozyskiwania środków jest możliwy, ponieważ robimy różne rzeczy związane z propagowaniem muzyki. Zależy nam też na tym, by przedstawiać to w sposób dostępny dla każdego.  Chcemy zniwelować bariery, które się czasami tworzą między muzykami a widzami podczas koncertów muzyki poważnej, chociażby bariera niedostępności. Dlatego wprowadzamy pewien rodzaj interakcji np. z publicznością i zachęcamy ludzi do muzykowania.

Jak konkretnie wygląda Twoja praca?
Ja próby mam codziennie, z każdym z chórów dwa razy w tygodniu. Raz w tygodniu mamy próby sekcyjne z każdym z głosów osobno i drugi raz spotykamy się grupowo. Z chórem Cantiamo Tutto spotykamy się od stycznia tego roku we Wrocławskim Centrum Rozwoju Społecznego, które oferuje niesamowitą przestrzeń do pracy. Moi chórzyści to amatorzy, ale amatorzy w tym kontekście, że nie śpiewają zarobkowo, a z pasji i miłości do muzyki. To zresztą słychać w ich wykonaniach. Jeśli wygrywamy w konkursach, czy bierzemy udział w płatnym koncercie, to zazwyczaj pieniądze przeznaczamy na chór i np. na wyjazdy szkoleniowe. Ja otrzymuję pieniądze ze Stowarzyszenia, które opiekuje się chórami, ale są to pieniądze zewnętrzne, które otrzymujemy na realizowanie konkretnych projektów np. obejmujących propagowanie muzyki. 


Co jest najtrudniejszego w pracy dyrygenta chóru?
Przekonać uzdolnione muzycznie osoby, że mogą śpiewać w chórze. Niestety ludzie boją się śpiewać albo wstydzą się swojego głosu. Gdy przychodzą na przesłuchanie, co już jest dużym sukcesem, często krępują się, by zaśpiewać. Niestety wciąż za mało ludzi śpiewa, a badania dowodzą, że 95% społeczeństwa ma predyspozycje muzyczne, które pozwalają na śpiewanie. To jest w każdym z nas, ale nie każdy ma okazję odkryć u siebie tę umiejętność. Ale jeśli ktoś odkryje, to już nie chce przestać. Naszą misją jest propagowanie, ale też pokazywanie i zachęcanie wszystkich do tego, żeby nie bali się śpiewać.

To trochę zaskakujące, bo przecież każdy z nas miał w szkole „muzykę”.
Problem polega na tym, że w wielu szkołach na lekcjach muzyki odtwarza się po prostu płytę z jakimś utworem. Bywa, że nie ma kontaktu z żadnym instrumentem, choćby pianinem czy gitarą. Niestety często jest tak, że nauczycielami muzyki są w tej chwili osoby, które ukończyły studia podyplomowe i nie umieją grać. Nie mówię, że to źle, natomiast styczność z instrumentami i żywą muzyką jest niezastąpiona. Nie można też bazować tylko na wiedzy teoretycznej, bo to dla dzieci jest mniej atrakcyjne – one chcą śpiewać, wyzbyć się energii. To idealny czas na to, żeby odkryć talent, powiedzieć Jasiu, Moniko masz naprawdę dobry głos. Wydaje mi się, że właśnie na etapie szkoły podstawowej warto zrobić z takimi zdolnościami coś więcej. Bo im szybciej się zacznie, tym łatwiej prowadzić edukację muzyczną danej osoby. I to nie chodzi o profesjonalną karierę muzyczną, ale zwyczajnie dać tej osobie bliższy kontakt z muzyką. Dzieje się tak, że przedmioty artystyczne są w szkołach traktowane trochę po macoszemu, bo na tym etapie kształcenia nie myślimy o tym, że ktoś może w przyszłości wykonywać zawód muzyka. Rolą nauczyciela jest wyłapać takie osoby i pozwolić im rozwijać się, pójść w takim kierunku. Tego często brakuje. Jeśli są świadomi rodzice, to zauważają, że dziecko ma takie, czy inne zapędy muzyczne i szukają możliwości ich rozwijania. Wożą do szkoły muzycznej, czy posyłają na kursy.

Czyli niemal każdy może śpiewać chóralnie?
Pracuję zarówno z dziećmi jak i z dorosłymi, ale także z seniorami. Edukacja muzyczna jest możliwa na każdym etapie. Tylko im później zaczynamy, tym proces edukacji wydłuża się w czasie.  Natomiast osoby, które wcześniej zaczęły w jakikolwiek sposób obcować z muzyką, uczą się dużo szybciej.  Dzieci chłoną wiedzę jak gąbka, tylko wszystko zależy od tego jak się ją poda. Czy to będzie zaśpiewana przez nauczyciela piosenka, czy odtwarzanie muzyki z płyty. Ważne jest też, czy i jak zachęcimy dzieci do śpiewania. Najgorsze co może zrobić nauczyciel, to powiedzieć: “Ty nie możesz śpiewać, bo nie potrafisz”. Taka informacja mocno się w dziecku zakorzenia i zostaje w człowieku przez wiele następnych lat. To widać na przesłuchaniach, gdy przychodzi osoba czterdziestoparoletnia i chce spróbować, ale boi się, nie wie, czy potrafi, bo ktoś w dzieciństwie powiedział jej, że “nie ma głosu”. A przecież głos – taki czy inny ma każdy z nas – jeśli potrafimy mówić i komunikować się, to znaczy, że mamy głos i możemy śpiewać.

Jak więc można zachęcić do śpiewania w chórze?
Najważniejsze jest nauczenie akceptacji swojego głosu i akceptacja swojego ciała, bo pracujemy mocno z ciałem gdy chcemy śpiewać. Niesamowite jest, gdy człowiek zaczyna się otwierać. Pokonuje swoje bariery, a jego głos po prostu kwitnie. Potem zaraża swoim entuzjazmem kolejne osoby. Narzędziem do tego są otwarte warsztaty wokalne. Organizujemy je dla mieszkańców Wrocławia, a wszystko wskazuje na to, że w tym roku takie warsztaty odbędą się także w Kaliszu. Są one bezpieczną przestrzenią, gdzie każdy może spróbować się otworzyć, sprawdzić swoje możliwości. Te spotkania pozwalają także poznać swój głos, swój instrument i polubić go. Wiele osób nie lubi swojego głosu np. słuchać nagranego. A przecież plusem tego naszego instrumentu jest to, że każdy tak naprawdę ma jedyną w swoim rodzaju indywidualną barwę głosu i trzeba ten głos kochać, a nie mówić, że się go nie lubi.

Jak zostać dyrygentem?

Od zawsze chciałeś być dyrygentem chóru?
Chyba dyrygentem ogólnie tak, niekoniecznie chóru. Ale cieszę się, że tak się potoczyła moja kariera. Zresztą realizując wiele ciekawych projektów muzycznych, często nietypowych i nie tylko z muzyką klasyczną, współpracuję z instrumentalistami.

Czy w dzisiejszych czasach zajmowanie się muzyką chóralną nie jest jednak trochę obciachowe?
Walczę ciągle z takim stereotypem chóru, który wciąż kojarzy się ludziom z Kościołem, czy Sacrum. Między innymi dlatego tak ważne jest dla mnie to, co teraz robimy – poezja śpiewana w nowych aranżacjach. Chór dzisiaj rusza się na scenie, jest żywy. To są cudowni, wspaniali, często młodzi ludzie i można z nimi robić rzeczy bez ograniczeń. Po prostu słowo chór jeszcze jest takie trochę skostniałe. Czasami warto zastąpić to słowem zespół wokalny albo wokaliści. To są po prostu śpiewacy. Trzeba też pokazywać, że chór jest  miejscem odpoczynku, rozrywki. Kiedy z chórem zastanawialiśmy się nad nazwą chóru, wybraliśmy “Cantiamo Tutto” bo to znaczy “śpiewamy wszystko” i tak właśnie jest. Śpiewamy utwory patriotyczne, klasyczne, piosenki ludowe. Wykonujemy też bardzo dużo muzyki popularnej, rozrywkowej w aranżacjach chóralnych, z klawiszami, kwartetami smyczkowymi, a nawet z orkiestrą. Wydajemy płyty, ale ludzie po prostu bawią się muzyką. To jest dla mnie magia chóru, jako zespołu ludzi, który tworzą muzykę.

Skąd u Ciebie pomysł, żeby zostać muzykiem? Kiedy to się zaczęło? 
Obawiam się, że nie mogę tego pamiętać, bo zgodnie z opowieściami rodzinnymi wszystko zaczęło się jeszcze, gdy byłem w brzuchu mamy. Moi rodzice nie zajmują się muzyką, ale mama jest nauczycielem, pedagogiem, językowcem.  Gdy była ze mną w ciąży realizowała studium pedagogiczne, gdzie obowiązkowe były zajęcia muzyczne, co uważam, było świetne. Każdy nauczyciel powinien mieć taką zdolność śpiewania i wiedzy jak korzystać ze swojego głosu. Moja mama miała wtedy m.in. zajęcia chóru, gry na instrumentach.  Myślę, że stąd też wzięły się moje predyspozycje muzyczne. Zresztą jako niemowlak też często towarzyszyłem mamie, gdy grała na pianinie, śpiewała. Obserwowałem ją i byłem bodźcowany. Myślę, że to właśnie był taki pierwszy krok w mojej edukacji muzycznej.

A jaki był następny?
Mieszkałem w Wieruszowie – to mała miejscowość i nie było tam szkoły muzycznej. Przy parafii działała natomiast schola dziecięca. Miałem cztery lata, gdy zacząłem w niej śpiewać. Wszedłem w grupę dzieci śpiewających i od razu chór. Co prawda ja tego okresu też dobrze nie pamiętam i moje wspomnienia pochodzą głównie od rodziców, ale to była bardziej zabawa. Śpiewaliśmy repertuar przeznaczony dla dzieci – takie lżejsze utwory z towarzyszeniem instrumentu. Trwało to kilka lat. Przeszedłem do chóru młodzieżowego, który działał przy tej parafii. Tu pojawiały się już bardziej poważne utwory z muzyki sakralnej, ale nie było za bardzo możliwości wyrażania swoich emocji w utworach świeckich. Na szczęście mogłem to robić, kiedy byłem w szkole podstawowej, bo tam też uczęszczałem na zajęcia chóru, gdzie śpiewaliśmy już inną muzykę. Przez pewien czas równolegle śpiewałem w dwóch chórach – parafialnym i szkolnym.

To kiedy zacząłeś chodzić do szkoły muzycznej?
Dość późno. Szkołę muzyczną pierwszego stopnia zacząłem dopiero gdy rozpocząłem etap nauki gimnazjalnej. Chodziłem do szkoły muzycznej w Kępnie, czyli w miejscowości oddalonej od Wieruszowa o około 15 kilometrów. Pamiętam kombinacje logistyczne rodziców, abym mógł do tej szkoły dojeżdżać.  I ich wielką determinację. Tata musiał sobie zmiany w pracy ustalać, aby mógł mnie wozić na zajęcia. Z tym też wiąże się ciekawa historia, bo do szkoły muzycznej trafiłem nieco przypadkiem. Moja mama, po rozmowie z jakąś koleżanką, która zawoziła swoje dziecko do szkoły muzycznej, pomyślała, że i ja mógłbym spróbować. Miałem szczęście, bo moje egzaminy odbyły się już po czasie. Zorganizowano specjalne przesłuchania, aby sprawdzić moje predyspozycje. Pamiętam, że wszystko potoczyło się dość szybko. Właściwie od razu zapadła decyzja, że przyjmą mnie do szkoły muzycznej. Moim instrumentem wiodącym była gitara klasyczna, a instrumentem dodatkowym fortepian.

Nauka w dwóch szkołach – „zwykłej” i muzycznej to duże obciążenie. Część uczniów na tym etapie rezygnuje z edukacji artystycznej. Jak sobie z tym poradziłeś?
Byłem podobno bardzo spokojnym nastolatkiem. Nie sprawiałem problemów, nie buntowałem się i raczej rozumiałem gdy rodzice o coś prosili, coś mi tłumaczyli. Ale pojawił się inny problem gdy już byłem w szkole muzycznej – ciężar pogodzenia nauki w dwóch szkołach. Szczerze myślałem, że nie dam rady. Miałem taki jeden moment, w którym chciałem zrezygnować ze szkoły muzycznej. Sprawdziany, nauka, ćwiczenia – w pewnym momencie mnie to przerosło. Na szczęście z pomocą rodziców i nauczycieli udało się to opanować. I w sumie wyszło mi to na dobre, bo szkołę muzyczną pierwszego stopnia zrobiłem w trzy lata, zamiast w cztery. Stwierdziłem, że bardzo podoba mi się muzyka i to, co z tą muzyką robię. Chciałem pójść dalej w tym kierunku. Wtedy odbyłem też bardzo poważne rozmowy z moimi rodzicami. Na zasadzie, co jeśli np. coś by się stało z ręką, skoro planuję być instrumentalistą. Bardzo się cieszę, że rodzice podejmowali ze mną takie tematy. Te rozmowy spowodowały, że zacząłem się zastanawiać i na etapie wyboru szkoły średniej wybierałem też drugą szkołę ponadgimnazjalną, która pozwoliłaby mi uzyskać dodatkowy zawód, gdybym z jakichś przyczyn nie mógł być w przyszłości instrumentalistą.

To jak wyglądał Twój plan B. Co, jeśli nie muzyka?

Uwzględniałem moje inne zainteresowania i pod uwagę brałem zawód kucharza, informatyka albo logistyka. Ale wybór to znów był trochę przypadek. Wiedziałem, że muszę się dostać do szkoły muzycznej drugiego stopnia i do szkoły ogólnokształcącej. Wtedy z rodzicami ustaliliśmy, że wybiorę szkołę średnią w tym mieście, w którym jako pierwsze odbędą się egzaminy do szkoły muzycznej.  I choć brałem pod uwagę trzy różne miasta – Ostrów Wielkopolski, Wrocław i Opole, dostałem się do szkoły muzycznej w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie egzaminy były najwcześniej. Wtedy na kilka lat moje całe życie przeniosło się do tego miasta, mieszkałem w bursie szkolnej, uczęszczałem do technikum logistycznego i uczyłem się grać na kontrabasie. Pod koniec technikum wziąłem udział w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Logistycznej, organizowanej przez prywatną Międzynarodową Wyższą Szkołę Logistyki i Transportu we Wrocławiu, w której zająłem drugie miejsce. Nagrodą był indeks tej uczelni i możliwość nieodpłatnego studiowania. Nie mogłem tego odłożyć na później, bo nagroda zwyczajnie przepadłaby. W kształceniu muzycznym włączyłem pauzę i rozpocząłem zaoczne studia logistyczne we Wrocławiu. Wróciłem do Wieruszowa i w jednej z okolicznych fabryk zacząłem pracę związaną z logistyką.

Studia w logistyce dają dobrą, nieźle płatną pracę. Dlaczego wybrałeś jednak karierę muzyka?

Po studiach logistycznych jednocześnie z pracą w dziale logistycznym zacząłem też pracę w Gminnym Ośrodku Kultury w Czastarach. Uczyłem gry na instrumentach i śpiewu. Potem były jeszcze inne ośrodki kultury, m.in. w Wieruszowskim Domu Kultury. W 2015 roku, po trzech latach pracy w logistyce, takiej na pełnych obrotach i pracy w kilku ośrodkach kultury – gdzie rozwijałem swoje doświadczenia edukacyjno-muzyczne, poczułem, że powinienem dalej się kształcić muzycznie. To, że mogłem uczyć innych ludzi, dawało mi bardzo dużą satysfakcję. Już wtedy miałem swój pierwszy chór, jeszcze nie mając wykształcenia dyrygenckiego. Bardzo mi się to podobało, może dlatego, że brałem pełną odpowiedzialność za tych ludzi, których prowadzę. To był dla mnie bodziec do tego, żeby dalej kształcić się właśnie w tym kierunku. Szukałem studiów muzycznych, dających jednocześnie przygotowanie pedagogiczne. Wybrałem Wydział Pedagogiczno-Artystyczny UAM w Kaliszu.

Chcesz – jak Sebastian – zostać dyrygentem chóru?

Sprawdź, jak wyglądają studia muzyczne na uczelni, na której studiował: kaliskim Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym poznańskiego UAM. Uwaga: możesz mieszkać podczas studiów w akademiku.

Jak wyglądają indywidualne studia pedagogiczno-artystyczne na UAM w Kaliszu?

Dlaczego akurat studia muzyczne na UAM Kalisz?
Wyszedłem z założenia, że wybieram uczelnię, która daje takie wykształcenie i jest najbliżej Wieruszowa. Najbliżej był Kalisz i tak rozpocząłem studia z edukacji artystycznej w zakresie sztuki muzycznej, w kaliskiej filii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Interesowała mnie także uczelnia, gdzie bez problemów będę w stanie pogodzić prowadzenie dotychczasowych zajęć muzycznych z nauką. UAM Kalisz to kameralna uczelnia, gdzie każdego studenta traktuje się bardzo osobiście. Dlatego bez kłopotu byłem w stanie podjąć indywidualny tok, a potem tryb nauczania.

Czym się różni indywidualny tok od trybu nauczania na studiach muzycznych?
Indywidualny tryb nauczania jest czymś innym niż indywidualny tok nauczania, który może być związany sytuacją osobistą np. z tym że ktoś ma małe dzieci, albo studiuje dwa kierunki jednocześnie. Z możliwości zwolnienia z jakiegoś przedmiotu albo np. nieuczęszczania na jakiś wykład czy zaliczanie go w innym terminie, czyli indywidualnego toku nauczania, korzysta wielu studentów. Na studiach artystycznych to duże wyzwanie, bo przecież w dużej mierze to studia praktyczne, oparte na ćwiczeniach.

Indywidualny tryb nauczania jest dostosowywany pod daną osobę. Do dziś jestem niesamowicie wdzięczny za tę możliwość. Wszystkie zajęcia grupowe, np. psychologię, pedagogikę zaliczałem osobno, a na wszystkie ćwiczenia umawiałem się indywidualnie. Gdyby nie to, byłoby mi ciężko pogodzić kwestie kształcenia z tym co wówczas robiłem zawodowo.

Jak realizowałeś indywidualny tryb?
Miałem wiele zajęć indywidualnych. We współpracy z moim opiekunem naukowym, prof. Andrzejem Ryłko, z ramienia Uniwersytetu Adama Mickiewicza pisałem dla siebie plan kształcenia, który Rada Wydziału za każdym razem musiała zatwierdzić albo nanieść swoje uwagi. Tak jak już wspomniałem wszystkie zajęcia, które miałem w danym roku, zwłaszcza „propedeutyka dyrygowania” i „dyrygowanie” były realizowane indywidualnie, w uzgodnieniu z prowadzącymi, poza zajęciami grupowymi, z których byłem zwolniony. Ale dzięki temu mogłem połączyć pracę dyrygenta, nauczyciela ze studiami. Jestem za to niesamowicie wdzięczny, bo okazało się, że to był pierwszy raz w historii wydziału.

Co Ci dały takie indywidualne studia muzyczne na UAM w Kaliszu?
Zupełnie przewartościowały moje życie. Zakończyłem pracę w logistyce i wszystko postawiłem na jedną kartę, czyli muzykę. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że to był doskonały wybór.  Po pierwsze dlatego, że trafiłem na wyjątkowo wspierających ludzi. Dziekan prof. Łuszczykiewicz i Prodziekan ds. Studenckich i Kształcenia dr Piątkowska-Pinczewska – dawali motywację, trzymali kciuki. Indywidualny tok studiów pozwolił mi w 2016 roku stworzyć właśnie chór „Cantiamo Tutto”, tym razem we Wrocławiu. Uczelnia zapewniła mi idealne warunki do rozwoju przez duże R. To wsparcie ze strony Uczelni było dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza że w środowisku artystycznym, muzycznym występuje bardzo duża konkurencja, czego nie byłem wcześniej świadomy, teraz jestem coraz bardziej.  I to, co bardzo ceniłem u pedagogów na tym wydziale to ciekawość naszych dokonań. Zapadli mi w pamięć dr Beata Michalak-Konieczna, z którą miałem „kształcenie słuchu z zasadami muzyki”, Dziekan Piotr Łuszczykiewicz, Pani Prodziekan Katarzyna Piątkowska-Pinczewska, prowadząca „analizę form muzycznych” czy mgr Eryk Szolc, który prowadził zajęcia „zespół wokalny z metodyką”. Bardzo ciepło wspominam to, że dopytywali, służyli radą, swoimi doświadczeniami. 

Masz jeszcze czas i ochotę, żeby słuchać muzyki w życiu prywatnym?
Tak. Lubię, kocham muzykę za to, że odnajduję w niej wiele odpowiedzi. Muzyka jest ogromem bardzo różnych emocji. Pozwala nam czasami wejść w czas zadumy, przemyśleń, a kiedy trzeba posprzątać mieszkanie w 10 minut, to można włączyć rock‘n’roll ’a i z odkurzaczem śmigać po całym mieszkaniu w tempie ekspresowym. A kiedy człowiek potrzebuje się bardziej skupić, kontemplować, szuka innych gatunków muzycznych. Ja lubię bardzo muzykę z lat 70. i 80.: Queen, Abba, ale lubię też polską poezję śpiewaną, Ewę Demarczyk, Marka Grechutę. Za tę różnorodność, i to, że wywołuje różne uczucia, emocje – kocham muzykę.

Co byś powiedział ludziom, którzy chcą być zawodowymi muzykami, ale się boją, „bo to mało komercyjny fach”?
Czasami warto zaryzykować. Warto wykazać odwagę przed samym sobą i przede wszystkim zastanowić się nad swoim życiem. Nikt za nas naszego życia nie przeżyje i jeśli będziemy zdawać sobie z tego sprawę, to naprawdę okazuje się, że wszystko ma sens.  Ja bardzo się cieszę, że zaryzykowałem, że dalej to wszystko kontynuuję. Nie mogę się doczekać, żeby np. w tym roku mogły odbyć się warsztaty chóralne i wokalne w Kaliszu.

Koniec artykułu. Może sprawdzisz inne treści?

Sprawdź inne artykuły, które mogą Cię zainteresować

Górnictwo
Redakcja Studia.pl

Zawód: Górnik

Zawód górnika jest specyficzną profesją. By go wykonywać należy posiadać ściśle określone predyspozycje, a także przestrzegać zasad obowiązujących w kopalni. Osoby zainteresowane pracą w tym

Czytaj więcej »
Portal Studia.pl wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci pełnego dostępu do jego funkcjonalności i gromadzeniu danych analitycznych. View more
Akceptuję